6 sie 2012

Woodstockowe trudne sprawy

Tak. Tak. Tak. Byłam na Woodstocku. A dokładniej mówiąc, pracowałam tam. Było dość ciężko. Wiecie... wstawanie o 5 rano, kładzenie się spać o 23-01, taszczenie 30kg skrzynek z mięsem, serami, makaronami i takimi różnymi, lunch boxy których szczerze nienawidzę, spanie przez tydzień na podłodze itd. Chociaż muszę przyznać, że było też kilka interesujących rzeczy, wartych zapamiętania. Po pierwsze, kucharki. Pani Marta i Marzena zasługują tutaj na wyróżnienie. Wredne, mówiące co myślą, a momentami nawet bezczelne no i dużo przeklinające. Ale bez nich ta cała praca nie była by tak zabawna i interesująca. Serio. Na przykład pani Marta krzycząca do srającego gościa pod naszymi oknami czy chce papieru do podtarcia. Takie rzeczy nie każdy możne zrobić. Kolejną rzeczą, której nigdy nie zapomnę to ludzie, których poznałam i z którymi mam nadzieję, że utrzymam dłuższy kontakt. Na razie napisał do mnie Paweł, czyli jeden z trzech kucharzy (nie licząc oczywiście legendarnych pań kucharek). W najbliższym czasie mam zamiar napisać do Marleny (siostry ćpunka) i może do Krzysztofa-Zbigniewa? Chociaż wątpie w to czy chciał by tego, zważywszy na nasze spięcia i docinki. Mimo, że Ewa uważa, że to raczej było coś jak urocze droczenie się. Nie wiem. Ale wracając do tematu, to zapamiętam oczywiście Woodstock - ludzie w błocie, super wielkie tłumy, kolesie którzy zapraszali nas na rakietę kosmiczną, ciężki powrót do domu i człowiek a'la Jezus, na którym spałam. Mimo, że było bardzo ciężko i pracowało się po 19-20h dziennie i że nogi wchodziły wręcz do dupy, pojechałabym tam jeszcze raz. Będąc tam czułam, że żyje. Teraz czeka mnie już tylko Krakon i starcie z panem B. co już teraz nie będzie dla mnie takie ciężkie. Mimo wszystko jednak możecie trzymać za mnie kciuki.

Ave!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz