Wcześniej bałam się burzy. Może nie burzy samej w sobie, ale tych głośnych i dość przerażających grzmotów. Gdy widziałam, że niebo rozświetlone jest przez błyskawice, zaraz zaczynałam się trząść jak galareta, a strach mnie dosłownie paraliżował. Kładłam się najczęściej w łóżku i nakrywałam głowę kołdrą, byle tylko znaleźć się od tego jak najdalej. Potem zaczęłam uciekać do niego. Było to całkiem miłe. Nie samo uciekanie, ale świadomość, że jest ktoś do kogo uciec mogę, kto był tylko dla mnie. Kochałam tą świadomość. I jak on zniknął myślałam, że znów zacznę się tak panicznie bać i uciekać. Jednak jest inaczej. Boje się, bardzo się boje, ale jednocześnie czekam na tą burzę. Przynosi mi ona dziwnego rodzaju ukojenie. Ta chwila sprawia, że się wyciszam i że jest mi dobrze. Może jest to kwestia tego, że stawiam czoła swoim lękom czy coś. Sama niestety nie wiem jak to działa wszystko, ale na pewno wiem, że pokochałam burze, której tak bardzo nienawidziłam i która dalej wywołuje ten wielki strach.
Ale nie ma co głupot pisać, tylko spać trzeba iść. Tak więc,
Ave Misiaczki :D i przyjemnych kolejnych burz xD
Ale nie ma co głupot pisać, tylko spać trzeba iść. Tak więc,
Ave Misiaczki :D i przyjemnych kolejnych burz xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz